św. Weronika Giuliani

„Dziewczynka” w zakonie

12 maja 2019

Weronika, młoda klaryska kapucynka, niedawno złożyła swoje pierwsze śluby. Siedziała zamyślona w chórze zakonnym. Rozważała sposób, w jaki Pan dotychczas ją prowadził. Miała niewiele ponad dwadzieścia lat i od zawsze wiedziała, że Jezus ją powołuje, ale czasem Jego natchnienia były dla niej niezrozumiałe i potrzebowała sporo czasu, aby dobrze odczytać Jego wolę.

Weronika wspominała, że – jeszcze jako mała dziewczynka – słyszała Jezusa, który chce mieć ją całą dla siebie. Rozumiała to jednoznacznie: być całą dla Pana to zostać mniszką. I tłumaczyła Mu, że jest na to zbyt mała. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wymagał od niej niemożliwego. Wiedziała, że nikt nie potraktowałby poważnie takiego pomysłu. Ale Jezus był nieustępliwy, wciąż powtarzał jej swoje pragnienie.

Wbrew woli ojca

Dziesięć lat później, gdy Weronika była starsza i mogła starać się o przyjęcie do zakonu, okazało się to bardzo trudne. Starsze siostry Urszuli obrały drogę życia zakonnego, w domu została tylko ona, a ojciec chciał mieć ją przy sobie. Od zawsze była jego oczkiem w głowie. Pomimo że znał upór swej córki, postanowił użyć wszelkich dostępnych mu środków, aby zniechęcić ją do wyboru surowego życia siostry zakonnej w klasztorze klauzurowym. Zabierał ją na bale i polowania. Dziewczyna stanowiła centrum zainteresowania. Zwracało na nią uwagę wielu młodzieńców z dobrych rodzin, nie brakowało odpowiednich kandydatów na męża. Podobało jej się to. Była piękna, lubiła się stroić, uwielbiała bawić się i jeździć konno.

Ojciec namawiał nawet osoby konsekrowane – rodzone siostry Urszuli czy kapłanów – aby pomogły mu odwieść najmłodszą córkę od powziętego zamiaru, ale nawet one nie mogły nic wskórać. Dziewczyna była bardzo uparta i miała mocny charakter. Strofowała nawet jedną ze swych sióstr, wyrzucając jej, że jako mniszka powinna raczej nakłaniać innych do pójścia za Panem, niż kogokolwiek do tego zniechęcać.

To zmaganie było dla niej nieznośne. Pomimo iż głos Pana cichł, gdy ulegała propozycjom ojca, nie mogła stłumić go w sobie całkowicie. Pociągało ją światowe życie, pełne rozrywek i beztroski, ale z drugiej strony nie mogłaby przecież odmówić Jezusowi, który dawał jej się poznawać tak bezpośrednio, a Jego zaproszenia pociągały jej serce, napełniając je wewnętrznym ogniem. Ostatecznie wybrała to, co dawało jej radość znacznie głębszą niż powierzchowne i ulotne uciechy.

Powołanie zakonne

Pozostał wybór odpowiedniego klasztoru. Weronika chciała wstąpić do najsurowszego. Wiedziała, że w Città di Castello klaryski kapucynki prowadziły ubogie, pokutne życie. Do nich chciała dołączyć, lecz jej krewni uważali, że sobie nie poradzi, więc lepiej, gdyby znalazła się u klarysek w Mercatello, gdzie są już jej starsze siostry. Sprawę rozważali również jej spowiednik i miejscowy biskup.

Po spotkaniu ze wspólnotą sióstr w Città di Castello upewniła się, że to jej miejsce. Dokładnie pamięta, że mniszki wydawały jej się aniołami, pomimo że miała z nimi kontakt jedynie w rozmównicy, gdzie znajdowała się gęsta krata, więc nie mogła ich nawet zobaczyć.

Za namową przełożonej udała się do biskupa i poprosiła go o zgodę na wstąpienie do kapucynek. Ten najpierw odpowiedział, że jest zbyt młoda, by prowadzić tak surowe życie. Następnie zaczął ją egzaminować i sprawdzać, jak sobie radzi w czytaniu po łacinie. Była świadoma, że nie jest w tym najlepsza, ale gdy otrzymała do ręki brewiarz, czytanie poszło jej tak dobrze, że wszyscy byli zadziwieni, ona sama również. Biskup stwierdził, że wobec tego za jakiś czas, gdy będzie starsza, pozwoli jej na wstąpienie do zakonu. Ona jednak zdobyła się na odwagę, podeszła do niego, uklękła i prosiła, aby pozwolił jej wstąpić już teraz. Zgodził się na to, więc szczęśliwa wróciła do klasztoru, a tam siostry od razu wyraziły zgodę na jej przyjęcie.

W wymarzonym klasztorze

Weronice zapadł w pamięć dzień obłóczyn, 28 października 1677 roku. Miała wtedy siedemnaście lat. Czuła się tak szczęśliwa i podekscytowana, że poprzedniej nocy nie mogła nawet zmrużyć oka. Podczas ceremonii biskup Giuseppe Sebastiani, tan sam, którego wcześniej tak usilnie prosiła o pozwolenie na wstąpienie do kapucynek, nadając jej nowe imię – Weronika – powiedział: „Córko, imię to oznacza wielkie rzeczy. (…) Weronika znaczy prawdziwa i jedyna (wł. vera ed unica), czyli Ty i Bóg jedynie” (por. Dz 2, 694). Zwrócił się też do ówczesnej opatki wspólnoty sióstr ze słowami: „Powierzam wam tę dziewczynę, ponieważ powinna być wielką świętą” (por. Dz 6, 333).

Weronika była niezmiernie szczęśliwa, że znalazła się w upragnionym klasztorze, gdzie wreszcie mogła należeć całkowicie do Pana, swego Oblubieńca. Wydawało jej się, że oto rozpoczyna cudowne życie w idealnej wspólnocie. Jednak jej wyobrażenia i oczekiwania bardzo szybko i boleśnie zderzyły się z rzeczywistością.

Pierwsze miesiące w klasztorze były bardzo trudne. Wcześniej modliła się spontanicznie, idąc za emocjami i przeżyciami, tak jak Pan ją prowadził. Tutaj musiała dopasować się do stałego rytmu modlitwy wspólnotowej. Siostry równym, monotonnym głosem odmawiały Psalmy, a ona co prawda zewnętrznie włączała się w słowa modlitwy, ale jej serce i myśli często były gdzie indziej. Opór sprawiało jej również noszenie szorstkiego, niewygodnego habitu oraz mieszkanie w małej, surowej celi zakonnej.

Trudna miłość siostrzana

Jednak największym i najboleśniejszym rozczarowaniem okazały się siostry. Łudziła się, uważając zwykłe kobiety za anioły. W rzeczywistości każda miała swoje wady i niedoskonałości. Może i miały dobrą wolę, może nawet niektóre były święte, ale szybko przekonała się o ich słabościach. Raz opowiedziała przełożonej o gnębiących ją pokusach, o czym ta zaraz opowiedziała innym siostrom. Weronika zamknęła się w sobie na długo, nie potrafiła być szczera ani przed opatką, ani przed mistrzynią, ani nawet przed spowiednikiem.

Siostry nazywały ją początkowo „dziewczynką” ze względu na jej młody wiek, dziewczęcą jeszcze urodę, śliczne dołeczki na policzkach i bardzo otwarty, a nawet naiwny sposób bycia i patrzenia na świat. Gdy jednak z czasem odkryły, że stoi za tym również pewna dojrzałość duchowa, zaczęły jej zwyczajnie zazdrościć. Dotyczyło to zarówno młodych sióstr, które razem z nią odbywały nowicjat, jak i starszych wiekiem mniszek.

W krótkim więc czasie wytrwanie w miejscu, o którym wcześniej marzyła, którego pragnęła ponad wszystko, okazało się trudną próbą. Musiała zaprzeć się zupełnie siebie, odrzucić swoje pragnienia, odczucia i oczekiwania, aby nie uciec do domu rodzinnego, który w tamtym czasie wydawał jej się przyjaznym, wręcz sielankowym miejscem.

Powołanie w powołaniu

Weronika z perspektywy czasu mogła zobaczyć, że to rozczarowanie miejscem i wspólnotą popchnęło ją bardziej w ramiona Boga. Nie mając innego oparcia, zwracała się do Niego. W codziennych trudach, nieprzyjemnościach, niewygodach odkryła wartość, ponieważ mogła je oddawać Panu, łącząc je z Jego męką. W tym okresie ciemności i zwątpienia odnalazła swoje powołanie w powołaniu. Została pośredniczką (wł. Mezzana) – często w ten sposób nazywała siebie i tak tytułował ją Jezus. Podobało Mu się, że Weronika oddaje Mu wszystkie cierpienia spowodowane wymyślanymi przez siebie formami pokuty, ale również, a może szczególnie te przynoszone przez codzienność, na które nie miała wpływu. Ofiarowywała Mu wszystko, otrzymując w zamian nawrócenie i zbawienie dusz.

Gdy młoda mniszka odkryła, jaką wartość mogą mieć jej utrapienia, gdy są złączone z męką Pana, jej serce przepełnione było pragnieniem cierpienia. Była gotowa przyjmować je i znosić bez skargi, byle tylko więcej dusz ratować od potępienia. Tak bardzo chciała nawracać grzeszników.

W koronie cierniowej

Odpowiedź Pana na jej przemożne pragnienie cierpienia i coraz głębszego włączania się w Jego mękę nadeszła w wielki piątek 4 kwietnia 1681 roku. Podczas modlitwy zobaczyła Jezusa pokrytego ranami i z koroną cierniową na głowie. Była wstrząśnięta tym widokiem, ból przeszywał jej serce. Z jednej strony żałowała wszystkich swoich grzechów, gdyż miała świadomość, iż sama przyczyniła się do takiego cierpienia swego Oblubieńca, a z drugiej miała poznanie Jego nieskończonej miłości. Stał przed nią Ten, który pozwolił się tak boleśnie ranić właśnie z powodu miłości.

Weronika zapamiętała wyznanie, jakie Mu wtedy złożyła: „Mój Panie, nigdy więcej niewdzięczności i grzechów. Odtąd chcę Cię kochać, więc abym mogła raz na zawsze zamieszkać w Tobie i połączyć się z Tobą, daj mi odczuć Twoje męki. Mój Panie, przyjdź do mnie, daj mi tę koronę, aby ukłucia cierni przemawiały za mnie i aby mówiły Ci, jak bardzo pragnę Cię kochać” (Dz I, 46). Wtedy Jezus przybliżył się do niej, zdjął koronę cierniową ze swojej głowy i włożył ją na głowę Weroniki. Jednocześnie dał jej doświadczenie zjednoczenia z Bogiem, którego nie była w stanie opisać słowami. Ból cierni był wielki. Upadła na ziemię, myśląc, że go nie zniesie.

Jezus pomógł jej wstać i zapewnił, że to cierpienie będzie odczuwała już do końca swego życia. W zależności od Jego woli czasem będzie ono bardziej dotkliwe, a czasem lżejsze. Gdy wizja się skończyła i Weronika wróciła do zmysłów, trudno jej było ustać na nogach. Ból był przejmujący.

Na początku drogi

Starała się ukryć cierpienie przed siostrami, ale one widziały, że coś się z nią dzieje. Na pytania o przyczynę kiepskiego wyglądu i opuchlizny na twarzy, odpowiadała, że trochę boli ją głowa. W rzeczywistości z trudnością mogła w ogóle otwierać oczy. W końcu przełożona nie mogła patrzeć na jej skrywane cierpienie i wezwała lekarza. Ten, widząc obrzęki na twarzy i całej głowie, kazał stosować lekarstwa, które jedynie wzmagały ogromny ból.

Siedząc w chórze zakonnym, wspominając ostatnie miesiące zmagań i kolejnych małych zwycięstw nad swoją słabą naturą, Weronika pełna była wdzięczności. Przez cały czas odczuwała nieznośny ból cierniowej korony, ale sprawiało jej radość, że może dzięki niemu zdobywać kolejne dusze. Tak. Tego pragnęła, tak rozumiała swoje powołanie i była pewna, że tego chce od niej Bóg. Była też ciekawa, jak dalej będzie ją prowadził i co jeszcze dla niej przygotował. Wiedziała już, że Jego wola, choć czasem trudno ją zrozumieć, prowadzi do coraz głębszego szczęścia. Miała przeczucie, że jest dopiero na początku drogi coraz pełniejszego zjednoczenia z Jezusem.

Judyta Katarzyna Woźniak OSCCap, tekst opublikowany w: Głos Ojca Pio nr 3 (117) maj/czerwiec 2019

Może Cię również zainteresować