Modlitwa Multimedia

O Wschodzie!

20 grudnia 2020

O Wschodzie, blasku Światła wiecznego

i Słońce sprawiedliwości,

przyjdź i oświeć

siedzących w mroku i cieniu śmierci.

Droga adwentowego oczekiwania zbliża się powoli ku końcowi. Na horyzoncie widać już świt… Nieśmiało spoglądają na nas pierwsze promienie tego prawdziwego Wschodu, którym jest Jezus Chrystus. Choć przed nami jeszcze znaczny odcinek trasy, to światło, które powstaje, oświetla drogę dla naszych kroków.

Nazwanie Jezusa Wschodem, wprowadza nas w tajemnicę Bożych obietnic. Prorockie wizje wskazywały bowiem kierunek wschodzącego słońca jako ten, z którego przybędzie Mesjasz. To tam zwracał się wzrok oczekujących, wyglądających owego „światła ze wschodu”.

Dla wielu ludzi osoba Jezusa jest tylko jedną z wielu postaci historycznych, które wywarły duży wpływ na dzieje. Jest jakimś elementem całości, ale może niespecjalnie koniecznym. Gdy w ten sposób Go postrzegamy, to tak, jak gdybyśmy mówili, że nie potrzebujemy do życia światła ani ciepła. I dzisiejszy świat nawet oferuje nam taką propozycję życia bez nich, dając w zamian sztuczne źródła światła, jakieś błyskotki, które przyciągają swoją atrakcyjnością, ale poza tym nie oferują niczego wartościowego. Czy możemy bowiem na dłuższą metę podążać za czysto ludzkimi autorytetami, skoro każdy człowiek jest omylny i nie postrzega rzeczywistości w sposób całkowicie obiektywny? Albo czy ogrzejemy się nadzieją w świecie, który zamiast niej oferuje środki przeciwbólowe?…

Dla każdego, kto jest pogrążony w tym, co złe i i niegodne człowieka, świt przynosi jedynie udrękę odnawiających się wyrzutów sumienia. Jezus mówi, iż „sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu” (J 3, 19-21). Jednym słowem, gdy odchodzimy od tego wszystkiego, co buduje nas jako ludzi, co rozwija dobro ukryte w naszych sercach, a więc gdy wybieramy grzech, odchodzimy od wspólnoty Kościoła, gdyż boimy się, że nasze czyny będą ocenione. Tak jak Adam i Ewa po tragedii zanegowania Bożej mądrości i troski o nich, wyrażonych w zakazie spożywania owoców z drzewa poznania dobra i zła, szukają ratunku w ukryciu się przed światłem, którym jest Bóg, tak i my, pogrążamy się w coraz większą ciemność, chcąc znaleźć usprawiedliwienie dla swoich błędów.

Ta swoista taktyka jest tak mocno widoczna w naszej naturze, że nikt nie może powiedzieć, iż jest od niej całkowicie wolny. Szukanie światła poznania tam, gdzie go nie ma, czyli w łamaniu Bożego prawa, prowadzi do coraz głębszego zanurzania się w ciemność. Jest to wielki paradoks, bo przecież pragniemy światła, lecz zadowalamy się jego namiastkami…

Wschód to symboliczny kierunek, w którym mamy się zwrócić, by odnaleźć prawdę, a nie jej tandetne podróbki. Wschód słońca przynosi nadzieję nowego dnia, w którym otrzymujemy czas, by naprawić popełnione błędy i uczyć się czynić dobrze. Jezus nazywany Wschodem niesie światło zupełnie innej jakości niż to, którego doświadczamy w doczesnej rzeczywistości. On jest blaskiem światła wiecznego i słońcem sprawiedliwości. To wszystko, co zostanie przez Niego rozjaśnione, staje się nie tylko dobrze widoczne, ale i oczyszczone oraz ustawia osoby, zdarzenia i rzeczy we właściwych rozmiarach i proporcjach, porządkując hierarchię wartości. Gdy nie mamy tego światła, wprawdzie widzimy, ale w jakimś sensie dostrzegamy tylko kontury, zupełnie tak samo, jak obserwujemy świat w nocy. Jest przed nami zakryte całe bogactwo kolorów, cieni i wielowymiarowości tego, co się nam ukazuje. Jezus daje nam siebie jako blask światła wiecznego, czyli pozwala spojrzeć szerzej, wyżej i głębiej, niż bylibyśmy w stanie tylko o własnych siłach.

Kiedy otrzymujemy tę perspektywę wieczności, odkrywamy, że nasze najskrytsze pragnienia i tęsknoty właśnie o niej mówią i do niej dążą. Nie można bowiem inaczej wyjaśnić ludzkiego sprzeciwu wobec śmierci – gdzieś w zakamarkach naszych serc czujemy, że jest ona nam najbardziej obca ze wszystkich rzeczywistości, ponieważ powołani jesteśmy do życia, przez samo Życie. Mamy swój początek, ale nie mamy końca, ponieważ jesteśmy obdarzeni przez Boga nieśmiertelnością duszy, w której udział będzie miało i nasze ciało, choć najpierw padnie pod ciosem śmierci.

Powstaje jednak pytanie, czy może już nie przyzwyczailiśmy się do mroku? Być może nawet dostosowaliśmy się do jego wymagań i niedogodności, zaczynając funkcjonować w tej przestrzeni, zamiast żyć w pełni poza nią. Jeśli tak bowiem jest, nic dla nas nie będzie znaczyć wzywanie Jezusa tytułami światłości, jasności czy blasku. Wielu ludzi, nawet tych uważających się za wierzących, nie zagłębia się w relację z Bogiem, myląc wiarę ze zwykłą religijnością, czy rodzinną tradycją. Jest to taka egzystencja w półmroku – z jednej strony nie trwa się w ciemności, a z drugiej wcale nie widzi się światła. Życie duchowe nie ma żadnej motywacji do wzrostu, nie nabiera sił witalnych ani barw, jak roślina hodowana bez dostępu do słońca.

Wołając do nadchodzącego Pana wezwaniem: „O Wschodzie”, chcemy otworzyć oczy na Jego blask, który nie oślepia, ale daje perspektywę poprawnego odróżniania dobra od zła. Jest ona nam tak bardzo potrzebna! Bez Bożej łaski niezwykle łatwo jest nam pomylić drogi prowadzące do życia dobrego i szczęśliwego. Szukając sprawiedliwości wymierzanej na własną rękę, ranimy innych, a także samych siebie. Trudno nam bowiem właściwe wyrazić to, co naprawdę czujemy i do czego chcemy dążyć. Wybieramy złe narzędzia, często wkraczając w wolność innych ludzi oraz przekraczając granice, zza których jest już bardzo trudno zawrócić.

Światło, które przynosi Jezus, nie rozwiązuje automatycznie naszych problemów, ale oświeca oczy, byśmy mogli w końcu zobaczyć w jakim miejscu się znajdujemy. Jak świt przywraca barwy i kształty, tak Jezus objawia nam prawdę o nas samych i towarzyszy nam jak światło – cicho, dyskretnie, ale wszechogarniająco. On nie przekreśla naszej wolności przez to, że zrobi wszystko za nas, lecz uczy nas działać i naświetla trudne sprawy, pozwalając zobaczyć je w innej – realistycznej perspektywie i we właściwych proporcjach.

Jeśli naprawdę przyjmujemy Boga-Człowieka do naszego życia, stajemy na progu nowego dnia – dnia, który już nigdy się nie skończy. Nasze istnienie zaczyna funkcjonować świadomie w przestrzeni wieczności, która wkroczyła w czas wraz z przyjściem na ziemię Bożego Syna.

Niekiedy możemy na różne sposoby uciekać od Jezusa, czując się zagubionymi, grzesznymi i pozbawionymi perspektyw na przyszłość. Powierzchowność naszych wyborów wprowadza nas w ciemność swoistej duchowej stagnacji, swego rodzaju paraliż, który nie pozwala uczynić kroku naprzód. Pamiętajmy wtedy, że Jezus narodził się w samym środku betlejemskiej nocy, z dala od świateł miasta i ciepła zagwarantowanego przez bezpieczne i pewne warunki. On wchodzi w nasze życie takie, jakim ono jest. Jesteśmy gotowi na Jego przyjęcie zawsze wtedy, gdy się na Niego otworzymy. Myślenie odwrotne – a więc, że otworzę się na Boga wtedy, gdy będę gotowy – jest bardzo podstępne, bo tak naprawdę nigdy nie będziemy gotowi na to, by wejść w relację z Tym, który całkowicie przekracza naszą naturę. On potrzebuje tylko tego naszego otwarcia, zgody na to, by nas prowadził i przemieniał, by stał się Wschodem tego Słońca, które już nigdy nie zgaśnie…

s. Agnes Benewiat OSCCap

 

Może Cię również zainteresować