św. Weronika Giuliani świadectwo

Odnaleźć życie w codziennym umieraniu – wprowadzenia

17 marca 2019

 

Jesteśmy na progu wielkiego postu; to szczególny czas refleksji i zatrzymania. Poprzez teksty liturgiczne Kościół zaprasza nas na początku tej drogi do przyglądnięcia się naszemu życiu, do naprawiania tego, co jest kruche, wątłe, do umocnienia relacji z Bogiem, zmiany naszego myślenia. Nie jest to autoanaliza dla samego poznania siebie, swojej aktualnej sytuacji. W drugim etapie wielkiego postu będziemy nasz wzrok kierowali bardziej i intensywniej na Jezusa – i to On jest dla nas punktem odniesienia w przeżywaniu tej drogi wielkiego postu. Ze względu na Niego i dla Niego chcemy wchodzić w nawrócenie, w zmianę naszego myślenia, w to „rozdzieranie serca”. Chcemy razem z Jezusem wejść w śmierć i odnaleźć życie, które On nam daje. Pierwszym krokiem na tej drodze będzie dla nas spotkanie ze swoją codziennością, ze swoim życiem takim, jakim jest ono w tym momencie, tu i teraz. Będzie nas prowadziła w te dni święta Weronika Giuliani; będziemy uczyć się od niej, jak odpowiadać na miłość Jezusa, jak przyjmować swoją codzienność i odnajdywać w niej życie.

 

Łk 6, 20 -26 – Błogosławieni

Chcemy pochylić się nad fragmentem z Ewangelii według świętego Łukasza, w którym Jezus wypowiada „błogosławieństwa i biada”. Dzieje się to tuż po wyborze dwunastu apostołów, których przywołuje do siebie po imieniu z licznego grona uczniów. Razem z nimi schodzi z góry i zatrzymuje się na równinie przed tłumem, który przyszedł słuchać Jezusa i  znaleźć uzdrowienie.

Jezus podnosi oczy na uczniów i zaczyna mówić…

Zaczyna od błogosławieństw; mówi o tych, którzy są szczęśliwi: ubodzy, płaczący, głodni, znienawidzeni z powodu wiary w Jezusa. Wydaje się, że wspólnym mianownikiem dla doświadczenia ubóstwa, głodu, nienawiści jest cierpienie związane być może z bezsilnością, z brakiem, z przerastającą nas rzeczywistością, ze stratą.

Następnie mówi do tych, którzy są bogaci, którzy są syci, śmieją się, są chwaleni – „biada wam”. Wyłania nam się obraz osoby zaradnej, dbającej o siebie, panującej nad rzeczywistością, zabezpieczonej przed brakiem, niedostatkiem – nie odczuwa głodu, smutku, biedy.

Znaczące jest to, że Jezus mówi to wszystko patrząc na swoich uczniów. Ewangelista nie zanotował, że spojrzał na zgromadzony tłum, poza uczniów stojącymi najbliżej, spojrzenie Jezusa musiało być jasne, jednoznaczne.  On do nich mówi: jesteście „błogosławieni jesteście i biada wam”.

Kiedy połączymy obydwa fragmenty ( błogosławieństwa i biada) i zestawimy równolegle, zobaczymy, że jest w nich pewna sprzeczność. Pozornie te słowa się wykluczają, mogą budzić opór i sprzeciw. Szczęśliwy jest ten, który jest głodny, bo będzie syty, ale biada sytemu! Płaczący będą się śmiać ale ci, którzy się śmieją będą płakać….

Kluczem w tych sprzecznościach jest słowo „teraz”. Błogosławieni, którzy teraz głodujecie, którzy teraz płaczecie – biada wam, którzy teraz jesteście syci, którzy się teraz śmiejecie… Jezus mówi to patrząc na uczniów. Kim oni są teraz, kiedy stoją przed Jezusem? Czy teraz są płaczący, głodni, czy są bogaci, syci? Możemy też z tym pytaniem stanąć przed Jezusem dzisiaj i pytać kim jestem teraz? Czy jestem głodna, czy płaczę? Czy się śmieję, jestem tak nasycona, że nie potrzebuję niczego?

Być może w tym momencie nasza codzienność nas uwiera, ciąży nam. Może wyczekujemy wypełnienia tej obietnicy Jezusa; „będziecie pocieszeni, będziecie nasyceni”. Być może jesteśmy tak nasyceni swoją samowystarczalnością, własnymi projektami, pomysłami na życie, że brakuje nam już miejsca dla Jezusa, dla drugiego człowieka… jesteśmy tak zajęci sobą, że ta „sytość” przesłania nam Jezusa, zagłusza Jego Słowo i głos osoby, która jest obok nas i woła o pomoc. Te dwie rzeczywistości (doświadczenie braku i sytości) są w nas obecne; mogą one symbolizować nasz sposób podejścia do codzienności – przyjmowanie z ufnością, z zawierzeniem Jezusowi albo też walka o swoje bezpieczeństwo, kontrolę nad rzeczywistością tak, by nie odczuć braku, swoich i cudzych ograniczeń czy słabości.

Ale Jezusowi te nasze głody i sytości nie przeszkadzają, On chce się z nami spotkać właśnie  w takiej codzienności, jaką przeżywamy teraz. Prośmy Go, żeby pomógł nam patrzeć na tą rzeczywistość Jego oczami, żeby pomógł nam ponazywać nasze głody, żałoby, radości czy sytości, nasze bogactwo i ubóstwo. Prośmy, żeby pomógł nam odnaleźć w tym życie; być może nasza trudna, wymagająca codzienność się nie zmieni, może na wypełnienie obietnicy trzeba będzie jeszcze poczekać, ale już teraz możemy tu i teraz odkrywać błogosławieństwo, odkryć życie, którym jest relacja z Jezusem, Jego spojrzenie. On chce nam dawać prawdziwą i głęboką wolność od lęku o siebie i wolność w dawaniu siebie innym.

To pierwszy krok, który chcemy dziś zrobić: stanąć w spojrzeniu Jezusa i zobaczyć, że jesteśmy błogosławieni, szczęśliwi – nie w przyszłości ale tu i teraz. Ale na tym nasza droga się nie kończy; odkryć błogosławieństwo to także dzielić się nim z innymi. Do tego zaprasza nas dalszy fragment Ewangelii według świętego Łukasza, który będziemy słyszeć jutro w czasie Eucharystii: miłujcie waszych nieprzyjaciół… potrzebujemy wejść w śmierć, żeby odnaleźć życie, które będziemy przekazywali innym.

 

 

Stygmaty świętej Weroniki Giuliani – znak jej dojrzałości i wolności

Święta Weronika Giuliani kojarzona jest często z surowymi praktykami pokutnymi, z nieustannym zadawaniem sobie cierpienia w najrozmaitsze sposoby. Czyniła tak od dziecka, gdy poznawała czytane w domu przez najbliższych żywoty świętych. Między innymi za przykładem świętej Róży z Limy, przytrzasnęła sobie paluszki drzwiami. Nie płakała z powodu bólu, ale chciała go ofiarować Jezusowi dla zbawienia dusz. Gdy była całkiem mała Pan Jezus ukazywał się jej pod postacią małego chłopca, zmiana nastąpiła, gdy miała siedem lat. Wtedy po raz pierwszy zobaczyła Pana Jezusa podczas męki. Wtedy też zaprosił ją do kontemplowania Jego pasji. Stopniowo dojrzewała na drodze modlitwy i wchodziła w coraz ściślejszą i głębszą relację z Oblubieńcem, odkrywając też swą szczególną misję bycia pośredniczką między Bogiem i duszami, szukając wciąż nowych sposobów na przyjmowanie cierpienia, które chciała ofiarować Panu. Wszelkie swoje pokuty nazywała „szaleństwami miłości”. To właśnie miłość do Jezusa i dusz, była jej motywacją, wciąż oczyszczaną przez Pana.

Jednym z momentów przełomowych w życiu świętej Weroniki było otrzymanie stygmatów. Doświadczenie to miało miejsce w wielki piątek 5 kwietnia 1697 roku, miała wtedy niespełna 37 lat.

Opisuje to przeżycie dość szczegółowo w swoim Dzienniku. Trwała w nocy na modlitwie, przeżywając mękę Pana Jezusa. Gdy doszła w kontemplacji do momentu agonii ukazał jej się kielich i krzyż. Pan dawał jej doświadczać swych cierpień w wyjątkowo intensywny sposób. W końcu znalazła się w ekstazie i poczuła, że nadszedł upragniony przez nią od dawna moment: wreszcie zostanie ukrzyżowana wraz z Chrystusem. Była poddana Jego woli, ale błagała Go, aby nie zostawiał zewnętrznych znaków męki na jej ciele. On jednak dał jej poznać, że te znaki zostawi ze względu na dobro wielu dusz oraz aby odnowić wiarę i pamięć swej pasji. Weronika zgodziła się więc na Jego wolę, pragnąc jedynie chwały Bożej. Gdy ekstaza się skończyła, Weronika pełna była obaw i wątpliwości. Z jednej strony lękała się, że daje się zwodzić, że otrzymane widzenia wcale nie pochodzą od Boga, gdyż czuła się niegodna tak wielkiej łaski, jak ukrzyżowanie wraz z Panem. Natomiast z drugiej strony rozważała, że gdyby tak się stało, inni mogliby lepiej poznać nieskończoną miłość Boga, który jest hojny w udzielaniu swych łask, nawet osobom tak niewdzięcznym, jak ona. Weronika cierpiała też bardzo z powodu swych win, będąc jednocześnie trawiona przez ogromne pragnienie nawracania grzeszników. Była gotowa znieść wszelkie męki, byleby wszyscy mogli być zbawieni.

W celi ukazał jej się Pan Jezus ukrzyżowany, w jednym momencie przyciągnął ją do siebie i dał jej poznać jej nicość, nędzę oraz własną nieskończoną miłość. Pozwolił jej odczuć ból z powodu wszystkich popełnionych przez nią win, za które zapłacił swoją własną krwią. Dał jej również poznanie wszelkich łask,  jakie otrzymała w całym swoim życiu oraz zrozumienie, że to tylko niewielka część z tego, co dla niej przygotował. Jednym z Jego pragnień było obdarowanie Weroniki pieczęciami swoich świętych ran, aby była Jego prawdziwą oblubienicą.

W końcu zobaczyła, że z pięciu ran Chrystusa wyszło pięć promieni, jakby z ognia. Promienie te dotarły do serca Weroniki, jej stóp i dłoni. Przeżyła w tym momencie ogromny ból, jakby jej serce rzeczywiście było przebite włócznią, a ręce i nogi, grubymi gwoźdźmi. Pan Jezus potwierdził, że Weronika jest jego oblubienicą i obiecał, że wysłucha każdą jej prośbę, gdy złoży ją przez Jego święte rany.

Gdy ekstaza się skończyła i Weronika wróciła do zmysłów, odczuwała wielką chęć cierpienia, otrzymała poznanie swojej nędzy oraz pragnienie nawracania grzeszników. Była w celi wypełnionej  światłem i pozostawała z otwartymi szeroko ramionami. Rana boku była otwarta i wypływała z niej obficie krew, była dla niej źródłem wielkiego bólu. Czuła też ból w dłoniach i stopach, nie mogąc się w żaden sposób poruszyć.

Od momentu otrzymania stygmatów życie Weroniki znacznie się zmieniło. Znaki męki Pana wyryte na jej ciele były powodem nie tylko bólu fizycznego, ale również cierpień duchowych i moralnych. Nie wszyscy uwierzyli w nadprzyrodzony charakter zjawiska. Część sióstr z jej własnej wspólnoty uważało ją za symulantkę. Święta była poddawana przez wysłanników Kościoła licznym poniżającym próbom.

Od tego czasu zmieniła się również postawa Weroniki wobec cierpienia. O ile wcześniej sama szukała przeróżnych form pokuty, ascezy i zadawania sobie bólu, tak teraz zdała się całkowicie jedynie na wolę Bożą. Już nie zadawała sobie cierpienia, dużo trudniejsza i bardziej wymagająca była pokorna akceptacja tego wszystkiego, co przynosiła jej codzienność. Stygmaty, które nosiła na swoim ciele aż do śmierci, a więc przez 30 lat, wciąż powodowały ogromny ból fizyczny. Miała też inne liczne znaki, niewidoczne jednak na zewnątrz. Były nimi między innymi korona cierniowa, jak również rany na sercu.

Wiele cierpienia musiała znieść z powodu wspomnianego wyżej niedowiarstwa w prawdziwość jej przeżyć. Była ofiarą oczerniania, poniżania, odrzucenia. To pokora i posłuszeństwo przekonały ostatecznie jej przeciwników. W tym okazała się jej dojrzałość, z heroiczną cierpliwością znosiła wszelkie krzywdy, nie złorzecząc, nie skarżąc się, ale swe cierpienia oddając Panu dla zbawienia dusz.

Wolność, jaką osiągnęła Weronika, nie była niezależnością, swobodą, brakiem jakichkolwiek ograniczeń, jak nam może się to słowo kojarzyć. Chodzi tu o wolność prawdziwą, dużo głębszą, taką, która prowadzi do życia, daje szczęście.

Giuliani była wolna do miłości, do służby, do oddawania życia. Nawiązując do ewangelicznych błogosławieństw, pozostawała wolna w sytuacji głodu, smutku i w doświadczeniu nienawiści ze strony innych. Ta wolność pozwalała jej zachować spokój, pozostać posłuszną i przyjmować bez sprzeciwu niesprawiedliwe oskarżenia. Wszystko to przyjmowała pokornie i oddawała Panu. Nadawała sens i wartość każdemu cierpieniu, każdej doznanej przykrości. Wszystko to, połączone z męką Pana, nabierało nieskończonej wartości i przyczyniało się do nawracania i zbawiania dusz.

Weronika była tez wolna od własnych pomysłów, przyzwyczajeń, schematów, wyobrażeń, oczekiwań, nawet potrzeb. Odnosząc się do wspomnianych błogosławieństw, była wolna od bogactwa, sytości, radości i pochwał. Nie potrzebowała tego wszystkiego, aby czuć się szczęśliwą. Sensem i radością jej życia była relacja z Oblubieńcem. Jemu się oddawała, Jemu pozwalała się prowadzić, oczyszczać, oświecać. Coraz pełniejszemu zjednoczeniu z Nim oddawała wszelkie swoje siły, czas, uczucia, wszystko.

Trudno naśladować Weronikę w jej sposobie życia, tak pełnego cierpienia i intensywnej modlitwy. Ale jej przykład może być pewnym światłem na naszą codzienność. Ponieważ jesteśmy na początku wielkiego postu, możemy zastanowić nad naszą ascezą, nad naszymi postanowieniami wielkopostnymi. Nie jest złe odmawianie sobie pewnych przyjemności, czy poświęcenie więcej czasu na modlitwę. Ale może spróbujmy zastanowić się nad naszym stosunkiem do trudnych, przykrych, może bolesnych sytuacji w naszej codzienności, na które nie mamy wpływu. Ile jest w nas pokoju i zgody na rzeczywistość, a ile szarpaniny, buntu, zniechęcenia. Może tym razem wybierzemy trudniejszą drogę, do której Weronika dorastała przez wiele lat: nie tyle szukać nowych form umartwień, co zmierzyć się z trudną rzeczywistością naszej codzienności i próbować przyjmować ją bez buntu. Małymi krokami godzić się na kolejne trudne sytuacje, relacje, może chorobę. Każdy trud, cierpienie możemy następnie oddać Panu, prosić, by złączył je ze swoją męką i w ten sposób sprawić, aby nasz ból nabrał nieskończonej wartości.

Weronika nie skupiała się na sobie. Cała była ukierunkowana na Miłość. W tej relacji znajdowała sens swojego życia, wszelkich radości i smutków; pracy, modlitwy, cierpienia, wszystkich relacji. Pomyślmy, czym kierowaliśmy się w wyborze naszych wielkopostnych postanowień. Czy była to osoba Jezusa, czy chcieliśmy pogłębienia relacji z Nim, czy też motywacją było dbanie o własne samopoczucie, satysfakcję, udowadnianie sobie, że potrafię.

Niech czas modlitwy, wpatrywania się w Krzyż, będzie czasem zgadzania się na nasze życie, codzienność z jej radościami i cierpieniem. Wielu trudności nie możemy zmienić, nie możemy od nich uciec, ale możemy nadać im sens. Jedynie pod krzyżem Pana możemy to uczynić.

 

Projekcja filmu "Przebudzenie Giganta"

 

Stygmaty – znak upodobnienia do Jezusa w miłości do Ojca i do braci

Stygmaty na ciele Weroniki były zewnętrznym znakiem całkowitego, wewnętrznego upodobnienia Świętej do Pana Jezusa. To upodobnienie dotyczyło zarówno jej relacji do Boga jak i do ludzi. Od samego początku Pan Jezus wybrał i prowadził Urszulę. Odkąd była małą dziewczynką i, jak wspomina w swoim Dzienniku, niewiele rozumiała, uwrażliwiał ją na pełnienie woli Boga.

Jej ulubionym zajęciem było budowanie ołtarzyków, przystrajanie ich samodzielnie zebranymi kwiatami oraz modlitwa przy nich. Ta zabawa dawała jej wiele radości i satysfakcji. Już jako dorosła osoba wspomina, iż zdarzało się, że podczas tej czynności odczuwała wewnętrzne poruszenia, ale nie chciała im ulegać, żeby sobie nie przeszkadzać. Mówiła Bogu, że później się pomodli, a teraz chce dokończyć swoją zabawę. Pan dawał jej zrozumieć, że jeśli nie odpowiada się na łaskę, która przychodzi w danym momencie, to traci się ją na zawsze. Bóg działa tu i teraz, jeśli nie odpowiadamy na Jego głos, On z nas nie zrezygnuje, ale ta konkretna łaska już nie wróci. Powiedział jej też, że budowanie ołtarzyków nie jest złe, ale złe jest to, że dziewczynka nie czyni tego dla chwały Bożej.

Weronika stopniowo uczyła się czujności i otwarcia na Bożą obecność, Jego działanie i wolę. Powtarzała, że jest cala na tak. Pan Jezus nakłaniał ją, aby rezygnowała z planowania przyszłości, ale aby dawała się po prostu prowadzić Jego miłości.

Możemy zapytać siebie o to, na ile w naszej codzienności szukamy woli Ojca? Jakie są motywacje naszych dobrych czynów? Czy podejmujemy się ich ze względu na Jego chwałę, czy może na naszą własną? Czy potrafimy rezygnować z własnych pomysłów i planów, gdy widzimy, że  np. ktoś obok nas potrzebuje pomocy?

Miłość Boga zakłada miłość bliźniego. Jak wiemy, dwa przykazania miłości są nierozdzielne. Im bardziej Weronika poznawała serce Boga, tym bardziej współodczuwała Bożą miłość do wszystkich ludzi i Jego ból, z powodu ich odejścia. Ta miłość tak rozpalała jej serce, że była gotowa znieść największe męki, byleby dusze wracały na drogę zbawienia. Dobrowolnie przyjmowała ogromne cierpienia fizyczne i duchowe i ofiarowała je za nawrócenie grzeszników, wiele zniosła też bólu, aby ratować dusze w czyśćcu. Wpływ na to musiały wywrzeć wizje, które otrzymała. Widziała czyściec oraz piekło i dusze wpadające do niego jak deszcz. Ten wstrząsający obraz sprawił, że nigdy nie wahała się akceptacji najgorszych nawet cierpień. Nawet prosiła wciąż Boga, aby dodawał jej kolejnych cierpień, byleby mogła ratować więcej dusz.

Ale ta miłość wyrażała się nie tylko w tak duchowy, mistyczny sposób. Weronika na co dzień obdarzała miłością swoje własne siostry, miała do tego okazję zwłaszcza, gdy była mistrzynią nowicjuszek oraz przez szereg lat opatką klasztoru. Mogła wykazać się cierpliwością, matczyną troską, zabiegając zwłaszcza o duchowy rozwój swych sióstr. Ale Weronika stąpała twardo po ziemi i równie dobrze radziła sobie w sprawach duchowych jak i materialnych. Najlepszym tego przykładem jest wybudowanie prostego wodociągu, dzięki któremu siostry nie musiały więcej dźwigać wody na piętro.

Poza tym Weronika miała możliwość licznych spotkań z osobami, które przychodziły z zewnątrz. Byli to głównie obywatele Città di Castello, ale również wielu przyjezdnych, wśród nich osoby z najwyższych stanów społecznych. Zainteresowanie spotkaniami ze Świętą rosły oczywiście wraz z rozpowszechnianiem się wiadomości o niezwykłej stygmatyczce. Możemy sobie wyobrazić, że dla osoby naznaczonej wielkim cierpieniem, powodowanym chociażby przez krwawiące stygmaty, spotkania w rozmównicy nie były łatwe. Weronika była jednak dyspozycyjna i nie odmawiała pomocy potrzebującym. Mówi się, że miejscowy biskup nie podejmował żadnej ważniejszej decyzji dotyczącej podległej mu diecezji, jeśli najpierw nie spytał o zdanie Weroniki.

Spójrzmy na naszą gotowość niesienia pomocy innym, zwłaszcza osobom trudnym, uciążliwym, takim, które przychodzą w nieodpowiedniej dla nas porze. Ile w nas dyspozycyjności? A ile przywiązania do „ świętego spokoju”?

Znakiem, pieczęcią miłości na ciele Weroniki były stygmaty. Dlaczego? Bo najbardziej wymownym znakiem miłości jest Krzyż Chrystusa. Jak czytamy w Ewangelii według świętego Jana (15,14): Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.

Niech zachętą do otwarcia się na innych będzie inna scena, którą Weronika opisała w swym Dzienniku. Pewnego dnia szła z drewnem na rękach. Wnosiła je na piętro, gdzie mieściła się infirmeria, i miało ono posłużyć na ogrzanie pomieszczeń, gdzie znajdowały się siostry chore. Po drodze przyłączył się do niej Pan Jezus, pytając co robi. Gdy odpowiedziała, że wnosi drewno na opał, Pan zapytał dla kogo to czyni? Gdy Weronika odparła, że dla Niego, odpowiedział: „Wobec tego idę z Tobą”.

 

 

J 15, 1 – 13 – Trwanie w relacji z Jezusem

Temat winnicy pojawia się kilkakrotnie w Piśmie Świętym, zazwyczaj jest obrazem Izraela. Księga Izajasza (5, 1-7) opisuje z jaką pieczołowitością Bóg tworzy tą winnicę, z jaką starannością zaopatruje ją we wszystko, czego jej potrzeba, żeby była płodna, przynosiła  owoc i dobrze się rozwijała.

W alegorii, którą przedstawił nam święty Jan Ewangelista widzimy Ojca, który dba o winnicę, patrzy na każdą winorośl – każdą, która przynosi owoc i każdą, która tego owocu nie przynosi.

Zobaczmy te dwa rodzaje latorośli:

Gałąź nie przynosząca owocu jest bezpłodna a przez to bezużyteczna, zbędna. Wszystkie soki, które czerpie z krzewu „przetwarza” na liście, nie na owoce. Tak, jakby zaprzeczała swojej tożsamości – bycie latoroślą to dawanie winogron. Tutaj tego brak – jest latoroślą tylko zewnętrznie. Być może liście wyglądają na zdrowe, pięknie się prezentują, mają soczysty kolor ale gałąź pozostaje pusta, zatrzymuje życie w sobie i na sobie.

Drugi rodzaj to gałąź, która przynosi owoc. Jest ona oczyszczana przez Ojca, nie zostawia jej samej sobie, pomaga jej dojrzewać, maksymalnie się rozwijać, żeby mogła wydawać jeszcze obfitszy owoc.

Na czym polega to oczyszczenie? Jezus mówi: „wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was” ( J 15, 3). Tym, co nas oczyszcza jest słowo Jezusa. Święty Paweł w liście do Hebrajczyków mówi: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca(Hbr 4, 12). To Ono stawia nas w prawdzie, daje nam światło, pozwala wyjść z naszego hermetycznego świata i przynosić owoc – tak Słowo rodzi w nas i kształtuje zdolność do kochania.

Możemy pytać Jezusa o naszą relację z Nim? Czy to z Niego czerpiemy życie? I czy dla Niego podejmujemy jakieś działania? Co robimy z darami, którymi nas obdziela? Zatrzymujemy dla siebie czy przekazujemy dalej? Zatrzymujemy życie w sobie czy wydajemy owoc?

Wiemy, jak Jezus wychowuje świętą Weronikę, jak kształtuje jej motywacje. Jej troska o innych ludzi wypływała z miłości do Jezusa, z pragnienia kochania tak, jak On. Jest przykładem latorośli, która pozwala się oczyszczać, żeby przynosić obfity owoc.

Jezus dalej mówi : „wytrwajcie we Mnie a Ja będę trwał w was”. Co oznacza trwać w Nim? Z pewnością „trwanie w Jezusie” wskazuje nam na bliskość, pewną intymność ale także stałość. W języku greckim oznacza „pozostać w jednym miejscu, wraz z kimś w danym czasie”, „mieć udział”1. Ks. S. Mędala tłumaczy to słowo jako „mieszkanie, przebywanie”2. Słowa te wskazują na pewną dynamikę, nie ma tu mowy o bierności, stagnacji ale o stałości, wierności, która wypływa z decyzji woli, z pragnienia serca, z zaangażowania całej osoby. Nie znaczy to, że to nie kosztuje, że trwanie przychodzi nam łatwo, bezboleśnie. Trwanie w Jezusie sprawia, że stajemy się płodni, przynosimy owoc. Latorośl wkłada w wydanie owocu cały swój potencjał; ale to jeszcze nie jest finał. Przychodzi kolejny etap dojrzewania winogron, jeszcze intensywniejszej współpracy z krzewem, ze słońcem, żeby owoc był soczysty, zdrowy.

Dlatego potrzebujemy bliskości ze Słowem Bożym, które nas oczyszcza, kształtuje i wychowuje. Nasza więź z Jezusem wymaga stałego zaangażowania, wysiłku, pragnienia. Podobnie jak relacje z naszymi bliskimi, przyjaciółmi. Ciągle stajemy wobec nowych wyzwań, nowych sytuacji, które wymagają od nas nieustannego nawracania się czyli zmieniania myślenia. Prośmy Jezusa, żeby  pomagał nam trwać w Nim, uczył nas tego, jak kochać, jak dawać siebie innym, obumierać dla siebie (swoich planów, lęku o siebie) i dawać życie, które czerpiemy z Niego innym.

„Trwanie” nie jest  dynamiką jednostronną. Jezus mówi: „wytrwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w  was”. Oczekuje naszej wierności, bliskości ale jednocześnie zapewnia nas, że On mieszka w nas, chce w nas przebywać, chce być w bliskości z nami. I On także angażuje się w to cały!

Dalej Jezus mówi „jak Mnie umiłował Ojciec, tak Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w Mojej miłości!” Kiedy pytamy, jaka jest miłość Jezusa myślę, że od razu staje nam przed oczami Krzyż. To jest znak Jego miłości do nas. Każda rana na Jego ciele jest świadectwem tego, że nie tylko posunął się do granic, żeby dać nam życie ale te granice przekroczył. I nie ma już takiej rzeczywistości, która mogłaby nas oddzielić od Niego!

Wytrwać w Jego miłości to zaufać Mu, dać się przekonać, że to Jego miłość jest dla nas źródłem życia. To doświadczenie Jego miłości, bycia kochaną wydobywa z naszej codzienności życie, czyni nas błogosławionym, szczęśliwymi.

Ale to życie nie może się zamknąć w sobie samym. Tak jak latorośl, żeby wydać owoce potrzebuje nieustannego przepływu dawania i brania. „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości (…) To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem” (J 15, 10.12). Trwanie w miłości nie polega tylko na „odczuwaniu”, ale to zaproszenie do wejścia w dynamikę, do działania. Także u świętej Weroniki widzimy to połączenie trwania w miłości Jezusa i kochania ludzi, pomagania im, dbania o ich potrzeby.

Kontemplacja Krzyża – Jego miłości ma nas zwrócić w kierunku naszych braci, sióstr, tych, którzy stają na naszej drodze z konkretnym gestem życzliwości, dobrej rady, pomocy czy zwyczajnej, prostej obecności. Niejednokrotnie czujemy, że jest to dla nas wchodzeniem w śmierć. Dlatego potrzebujemy patrzeć na Krzyż i dać się przekonać Jezusowi, że to Jego miłość jest dla nas źródłem życia.

 

 

Zakończenie

Przez ten czas szukania życia, głębi, sensu  w naszej codzienności towarzyszyła nam święta Weronika. Jej życie wskazuje nam, jak my mamy przeżywać naszą historię życia. Ono jest bardzo różnorodne. Na co dzień spotykają nas zarówno radości, piękne spotkania, satysfakcjonujące zajęcia, jak i cierpienia, choroby, nieprzyjemności, smutek i zniechęcenie. Nikt z nas nie ma życia, które jest zawsze łatwe i przyjemne, tak jak nie możemy powiedzieć, że spotykają nas tylko trudny i zranienia.

Od nas zależy jak nasze życie postrzegamy i co robimy z tymi wszystkimi sytuacjami, w których się znajdujemy, a na które często nie mamy wpływu, albo mamy wpływ tylko niewielki.

Weronika pokazuje nam, że najlepszym dla nas kierunkiem jest pójście drogą błogosławieństw, a więc odnajdywanie obecności Jezusa; odnajdywanie pokoju, radości w rzeczywistości, którą przeżywamy tu i teraz,  nie szukając czegoś lepszego, innego dla siebie. Tym, co nam może pomóc jest Słowo Boże – słuchanie, czytanie, chodzenie z tym Słowem, zanoszenie go do każdej sytuacji, wydarzenia, rozmowy. Nie odkrywamy tu wielkich nowości, ale może warto w tym czasie wielkiego postu na nowo „zaprzyjaźnić” się ze Słowem Bożym, poświęcić więcej czasu na słuchanie, wchodzenie z nim w wydarzenia, sytuacje, rozmowy codziennego dnia. Widziałyśmy, jak Weronika dojrzewa do wolności od swoich „projektów duchowych”, umartwień i pozwala się Jezusowi kształtować, formować właśnie przez codzienność.

Doświadczenie miłości Jezusa, trwanie w Nim, czerpanie z Niego życia prowadziło ją do spotkania z drugim człowiekiem, do bycia dla innych. Nie chodzi tu o „emocjonalne odczuwanie miłości”, ale raczej o pewien styl bycia, myślenia, postaw. Nie zawsze odczujemy obecność Jezusa ale z pewnością jesteśmy zapraszani do ufności, zawierzenia, że jesteśmy dla Niego bezcenni, że walczy o nas i się o nas troszczy. Wierząc w Jego miłość możemy wychodzić do innych. Nie zawsze jest to łatwe, bezbolesne. Sami z siebie nie możemy pozmieniać ludzi wokół nas, tych najbliższych, którzy czasem nas ranią czy też tych, których spotykamy przypadkowo na ulicy lub w sklepie, a którzy również potrafią być niemili. Ale możemy zmieniać nasz stosunek do innych. Zamiast mścić się, chować urazę i odpowiadać złem za zło, możemy stanąć pod Krzyżem Pana i od Niego uczyć się przebaczać i kochać naszych nieprzyjaciół.

 

s. Małgorzata i s. Judyta

Przypisy:

  1. J.D. Watson, Słowo greckie na każdy dzień roku, Warszawa 2017,  s. 168.
  2. S. Mędala, Ewangelia według św. Jana. Nowy komentarz biblijny, Częstochowa 2010, s. 115.

Może Cię również zainteresować